Rafał "złoty gol" Siemaszko i jego wspomnienie finału z Lechem

2021-04-30
Rafał Siemaszko i Luka Zarandia, czyli dwaj strzelcy goli dla Arki w finale Pucharu Polski przed czterema laty, do dziś mają w Gdyni status zawodników "nietykalnych". Temu pierwszemu poświęcona była nawet słynna już okładka Przeglądu Sportowego "Siema Europo".

Siemaszko, zdobywca pierwszej bramce w finałowym starciu z Lechem Poznań 2 maja 2017 roku został twarzą okładki "PS". Nic dziwnego - jego gol na 1:0 w dogrywce zapoczątkował serię zdarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do drugiego w historii triumfu żółto-niebieskich w Pucharze Polski. - Ta bramka będzie ze mną do końca życia, nigdy jej nie zapomnę! - mówi popularny "Siema", dla którego sezon 2016/17 był wyjątkowo udany.

 

W ekstraklasie strzelił on jedenaście goli, trzy razy trafił do siatki w pucharowej rywalizacji. Wiele tych trafień zaliczył po uderzeniu głową. Jednak to dzięki "tej główce" będzie na zawsze pamiętany przez kibiców Arki. Przypomnijmy, że Siemaszko, który miał dwa podejścia do Arki (pierwsze w rozgrywkach 2010/11, drugie rozpoczęło się w sezonie 2015/16, a zakończyło po sezonie 2019/20) w żółto-niebieskiej koszulce rozegrał 157 spotkań, zdobył 33 bramki. A oto, jak wydarzenia sprzed czterech lat wspomina środkowy napastnik, grający obecnie w Sokole Ostróda.

 

Akcja bramkowa

 

Piłkę na długi słupek wrzucił Adam Marciniak, ja zbiegłem na krótki, potem zmieniłem kierunek biegu, piłka odbiła mi się od głowy i wpadła do bramki po koźle. W odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie ją dotknąłem, kluczowy był ruch do niej. Obrońcy zostali w miejscu, ja wyskoczyłem i trafiłem. To było coś! Dla mnie to najważniejszy gol w karierze. Słyszałem jak wówczas koledzy z drużyny mówili, że wszystko mi na głowę spada, że powinien w kasku chodzić. Mieli rację, bo w ekstraklasie w tamtym czasie w większości przypadków trafiałem głową [i jest to o tyle ciekawa sytuacja, że Siemaszko ma 170 cm wzrostu - przyp. red].

 

Finał 2017

 

Cała otoczka meczu była fantastyczna. Tłum kibiców, doping na całego, serpentyny, do tego hymn narodowy. Odśpiewanie go na żywo na Stadionie Narodowym robiło wrażenie. Wydarzenie o tyle wyjątkowe, że graliśmy w domu reprezentacji Polski. Nie każdy może ot tak przyjść i zagrać na Narodowym. Stąd też czułem wielką radość, że tam jestem, że mogę zagrać w finale, mając nadzieje, że może sprawimy niespodziankę. Człowiek aż się wyrywał, chcąc wejść na boisko się, żeby okazać się z jak najlepszej strony kibicom, zaznaczyć swoją obecność. Zaczynałem na ławce rezerwowych, ale swój cel miałem i osiągnąłem. Wierzyłem, że piękne marzenie może się ziścić.

 

Chwilo trwaj!

 

I przed i po meczu dobrze spałem. Emocje jednak dały o sobie znać, zwłaszcza im bliżej spotkania i chwilę po zakończonym pojedynku. W tej drugiej sytuacji długo nie dowierzaliśmy co się stało. Nawet nie wiedzieliśmy jak się cieszyć. Pobiegliśmy w stronę kibiców, wyściskaliśmy się. Byłem w wielkim szoku. Dwa miesiące wcześniej w lidze Lech przyjechał do nas i ponieśliśmy wysoką porażkę [1:4]. Nikt więc na nas nie stawiał. Dotrwaliśmy jednak do dogrywki. Potem jeden gol, drugi... Ograliśmy wielkiego Lecha, który co rok grał w europejskich pucharach. Nieraz oglądając skróty w momencie bramki ciarki przechodzą mi po ciele. Dla takich chwil warto żyć. Wygrana sprawiła, że zwiększyła się nasza pewność siebie, uwierzyliśmy, że damy radę się utrzymać w ekstraklasie. Finał tchnął w nas nowego ducha. Pokazaliśmy, że możesz wygrać nawet jeśli nikt na ciebie nie stawia.

 

Przewidywania

 

Może w niedzielę powtórzy się scenariusz? Arka pierwszoligowiec, Raków czołówka ekstraklasy, zespół dobrze grający w piłkę. Nie trudno wskazać faworyta, ale tam samo było z nami. To tylko jeden mecz, można mieć dzień konia i wynik jest sprawą otwartą.

Autor: 1liga.org

Zobacz również



1 liga na Facebooku