Rafał Leszczyński, czyli jak zrobić szum wokół siebie

2021-04-12
Obroniony rzut karny Kamila Zapolnika, mecz z "czystym kontem" - Rafał Leszczyński należał do pierwszoplanowych postaci Chrobrego Głogów w meczu z Miedzią Legnica. Znów jego nazwisko jest na ustach wielu, chociaż nic nie przebije tego, jakie zamieszanie towarzyszyło mu, kiedy dostał powołanie do pierwszej reprezentacji.

Rok 2014. Trener Adam Nawałka właśnie zabierał się do wysyłania powołań na mecze towarzyskie z Norwegią i Mołdawią. W gronie "nominowanych" znaleźli się tacy bramkarze - wówczas Piasta Gliwice Dariusz Trela, Michał Miśkiewicz z Wisły Kraków i Rafał Leszczyński z pierwszoligowego Dolcanu Ząbki. Choć było to tournee dla zawodników z polskiej ligi, to mimo wszystko obecność na nim przedstawiciela zaplecza ekstraklasy przyjęto w Polsce z dużym zaskoczeniem. Takie też uczucia w pierwszej chwili towarzyszyły Leszczyńskiemu.

 

- W Dolcanie prowadziłem treningi z młodymi bramkarzami. Około godziny 16 zadzwonił trener Robert Podoliński, żebym obserwował, kto zostanie powołany na najbliższe zgrupowanie reprezentacji Polski. Dodał, że może być niespodzianka. Wiedząc jaki on jest, że lubi szyderę, nie brałem jego słów na poważnie. Obserwowałem co prawda co się wydarzy, nie wierząc, że trener Nawałka postawi na mnie. Wieczorem, kiedy okazało się, że jadę na kadrę mój telefon rozgrzał się do czerwoności. W półtorej godziny z pełnej baterii nie zostało nic. Siedziałem na telefonie podłączonym do ładowarki - wspomina Leszczyński.

 

Datę towarzyskiej potyczki z Norwegią (18 stycznia 2014) zapamięta na zawsze. To zresztą jeden z bardziej pamiętnych dni w karierze 28-letniego golkipera. - Wygraliśmy 3:0 w Abu Zabi. Za wielu interwencji nie miałem, więcej było gry nogami, interwencji na przedpolu - zaznacza.

 

Miał wtedy niespełna 22 lata. Nic dziwnego, że jadąc na reprezentację, był speszony. Przyznaje, że trema dawała o sobie znać. Tych wspomnień nikt mu nigdy nie zabierze. - Pokój dzieliłem z Arturem Jędrzejczykiem. Gdy przychodziłem do Dolcanu [2009 rok], to on kończył już swoją przygodę z Dolcanem. Razem trenowaliśmy dwa tygodnie, później na kadrze było mi raźniej, bo kogoś znałem. Artur zaopiekował się mną - dodaje.

 

Z racji pełnionej funkcji na boisku, sam jest opiekunem. Opiekunem bramki. Dobrze opiekował się bramką Dolcanu (107 meczów, 137 wpuszczonych goli, 27 spotkań na zero z tyłu). Później bardzo dobrze wywiązywał się z roli opiekuna bramki w Podbeskidziu Bielsko-Biała w pierwszym sezonie (2016/17 w 1 lidze: 31 spotkań - 32 wpuszczone bramki, 11 "czystych kont). W drugim rozegrał 20 spotkań ligowych, w następnym 15, w jeszcze kolejnym 8, zakończonym awansem do ekstraklasy. W ekstraklasie trzy razy pojawił się między słupkami. I na tym zakończyła się jego przygoda z "Góralami".

 

 

- W Podbeskidziu spędziłem cztery lata i siedem miesięcy - wylicza. - Sporo czasu. Tylko w Dolcanie byłem dłużej, w Gliwicach przez rok. Fajne miejsce. Łezka się w oku zakręciła, gdy musiałem opuszczać Podbeskidzie i spakować swoje rzeczy. Tak się złożyło, że Kacper Bieszczad doznał kontuzji, Chrobry potrzebował bramkarza. Mój transfer odbył się po zamknięciu okienka transferowego. Przyszedłem, żeby ratować sytuację. Nie ma co ukrywać, że runda jesienna w ekstraklasie w naszym wykonaniu była kiepska. Uzbieraliśmy pokaźny worek straconych bramek. Czułem ogromny niedosyt z tego powodu. To już jednak za mną - mówi.

 

W bramce Chrobrego pierwszy raz pojawił się 6 marca przeciwko Radomiakowi. Od tego momentu broni cały czas. Bilans? 7 razy wyjmował piłkę z siatki, dwa "czyste konta". Drugie z Miedzią, w meczu z którą w ostatniej kolejce obronił strzał z rzutu karnego Kamila Zapolnika.

 

- Udało mi się sprowokować Kamila do tego stopnia, że uderzył dokładnie tam, gdzie chciałem. Analizowałem wcześniejsze jego karne. Dotychczas większość z nich strzelał w drugą stronę niż w Głogowie. Próbowałem psychologicznie zmusić go do zmiany strony - tłumaczy Leszczyński, dla którego nie był to pierwszy obroniony karny w karierze. Kiedyś zdarzył mu się na przykład taki mecz, dokładnie 31 maja 2014 roku, gdy piłkarze Puszczy nie wykorzystali dwóch jedenastek w odstępie dwóch minut. W 39. minucie Krzysztof Zaremba uderzył obok słupka. W 41. minucie Leszczyński zatrzymał uderzenie Łukasza Nowaka.

Autor: 1liga.org

Zobacz również



1 liga na Facebooku