Głos z Puszczy i oko Miedzi na reprezentacji

2021-10-06
Jeden pracuje w Niepołomicach, gdzie został właśnie prezesem spółki Niepołomicki Sport, drugi koordynuje Klub Biznesu Miedzi Legnica. Marek Bartoszek oraz Jakub Watral wywodzą się ze środowiska Fortuna 1 Ligi. Razem pracują przy pierwszej reprezentacji.

Głos Bartoszka (prezes zarządu spółki Niepołomicki Sport) można było usłyszeć ze stanowiska spikera w trakcie wrześniowych spotkań biało-czerwonych na PGE Narodowym. Watral (Klub Biznesu Miedzi Legnica) z kolei tworzył całą otoczkę wokół, odpowiadając za przekaz wizualny.

  

Marek Bartoszek: To była moja pierwsza styczność z reprezentacją Polski, ale nie pierwsza z PGE Narodowym. W 2019 roku byłem spikerem na finale Pucharu Polski pomiędzy Jagiellonią Białystok, a Lechią Gdańsk.

 

Jakub Watral: W grudniu 2018 roku skończyłem kurs spikera, organizowany przez Polski Związek Piłki Nożnej. Na kursie mieliśmy różne warsztaty. Jeden z nich polegał na prezentacji samego siebie. Oceny wystawiali wszyscy uczestnicy kursu. Osoba z największą liczbą głosów dostawała nagrodę od PZPN-u. Razem z dwoma innymi kolegami udało mi się uzyskać najwyższą notę. I w ramach nagrody zostałem zaproszony na mecz eliminacji EURO 2020 z Łotwą 24 marca 2019 roku. Byłem w reżyserce jako gość, dostałem do przeczytania jeden z komunikatów. W czerwcu tego roku zaproszono mnie do reżyserki na mecze towarzyskie z Rosją i Islandią.

 

MB: Z PZPN-em współpracuję od 2017 roku. Jeszcze jak "spikerowałem" na Cracovii, to miałem okazję poprowadzić w Krakowie mecze finałów mistrzostw Europy do lat 21. Akurat Kraków dostał finał, łącznie więc podlegało pode mnie pięć spotkań. Dwa lata później pracowałem na mistrzostwach świata U-20 w Bielsku-Białej. Wtedy przypadło mi zadanie "reżysera dnia meczowego". Odpowiadałem za pracę spikera, telebimy, muzykę. W czerwcu tego roku na Konwiktorskiej w Warszawie został rozegrany finał Pucharu Polski Kobiet. Tam między słowami ktoś zasugerował, że jeśli dobrze poprowadzę ten mecz, to mogę wkrótce dostać szansę przy pierwszej reprezentacji Polski mężczyzn. Dwa tygodnie później PZPN zaprosił mnie do współpracy. Współpraca obejmuje cztery mecze w Warszawie - dwa wrześniowe i dwa październikowe - San Marino i Węgry.

 

JW: Moje zadania? Zajmuję się systemem monitoringowym: wszystko co widać na telebimie stadionu wychodzi z mojego komputera. Na naszym stanowisku są dwa komputery - jeden z stacją główną, drugi ze stacją zabezpieczającą. Obsługuję główny komputer. Obraz, który mam na monitorze wypuszczam na zewnątrz. Dotyczy to czasu gry, kartek, bramek, różnych komunikatów. Przed meczem są to głównie świadczenie dla sponsorów.

 

MB: Fajnie się złożyło, bo kadra wróciła na Narodowy po prawie dwóch latach. Miałem dobre przetarcie przed Anglią - mecz wygrany, gol Roberta Lewandowskiego... Pojedynek z Anglią to był prawdziwy "gwóźdź programu". Mecz tak się ułożył, że musieliśmy gonić wynik, chociaż dobrze graliśmy. Później bramka w doliczonym czasie gry i radość z kibicami! Emocje były duże, muszę przyznać, że długo ze mnie schodziły. Dodam też, że nie ma przyjemniejszej rzeczy niż zapowiedź hymnu - taka ekscytacja, że czujesz ciarki na całym ciele. Kiedy obwieszczasz pięćdziesięciu tysięcy ludziom, że za chwilę Mazurek Dąbrowskiego - coś niesamowitego! 

 

Usytuowanie stanowiska spikera jest dość niefortunne. Z tego względu, że blisko łyku. Bramkę Szymańskiego widziałem więc piąte przez dziesiąte. Nadrzędna zasada jest taka, że wykrzykuje się trzy razy nazwisko strzelca. Tyle że ja pod wpływem emocji zapędziłem się. Okazało się, że cztery razy krzyknąłem do mikrofonu. Czułem jednak tak wielką energię kibiców, że myślę, że nawet jeśli dziesięć razy bym krzyknął, to byliby tacy, którzy za każdym razem by odpowiedzieli.

 

JW: Z racji obowiązków i dużej odpowiedzialności muszę się wyłączyć z emocji. Jak jest gol to pierwsze co sprawdzam to, czy bramka została zdobyta prawidłowo. Od razu trzeba wyświetlić komunikat z golem na telebimie. Mecz oglądam w inny sposób niż większość. Czuwam co się dzieje, żeby w porę zareagować. Wiele standardowych rzeczy ucieka mojej uwadze. Patrzę z innej perspektywy. To co widzi na stadionie ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi jest zależne od mnie. Jak coś zrobię źle, inaczej: tu nie ma miejsca na błędy.

 

MB: Marzeniem nas wszystkich spikerów jest poprowadzenie meczu reprezentacji. A kiedy ten mecz się zbliża, to układasz scenariusz, co chcesz zrobić. Gdy dowiedziałem się, że będę spikerem na kadrze, to A: chciałem, żeby Polacy wygrali, B: chciałem, żeby strzelił Robert. I to on jako pierwszy wpisał się na listę strzelców z Albanią. Potem Anglia - dało się wyczuć, kim dla Polaków jest Robert. Gdy na telebimie pojawiło się jego nazwisko wrzawa była ogłuszająca. Nie tylko ja czekałem by wykrzyczeć nazwisko najlepszego napastnika świata.

 

MB: Z Kubą Watralem i Tomkiem Dudkiem, dj-em Korony Kielce oraz reprezentacji Polski, znamy się z ligi. Pierwszoligowych akcentów na reprezentacji było sporo, to też fajna sprawa dla naszego środowiska. Czujemy się jak byśmy pracowali w jednej wielkiej rodzinie.

 

JW: Współpracujemy w trójkę. Jesteśmy od siebie zależni, często muszę słuchać co mówi Marek, za chwilę wjeżdża moja plansza albo reklama, potem Paweł puszcza muzykę. Całą naszą pracę nadzoruje reżyser z PZPN-u. Oko kadry? (śmiech). Nikt mnie widzi, ale każdy widzi efekt mojej pracy. Czuję sę w pewien sposób wyróżniony. Jestem trochę jak taki reżyser, tylko odpowiadam przed osobą z PZPN-u. Są natomiast sytuacje, kiedy sam reaguję - dostrzegłem zmiany, od razu szykuję plansze.

 

Autor: 1liga.org, Fot. Na zdjęciu Marek Bartoszek / archiwum prywatne

Zobacz również



1 liga na Facebooku