„Z dystansu”: Tabela wirtualna

2018-03-31 10:12:00
Rzut oka na tabelę i wszystko jasne… w pierwszoligowej rzeczywistości brzmi to jak nieśmieszny żart. Wszak przedwiośnie upłynęło raczej na walce z pogodą, spoglądaniem na listę powołań do młodzieżówek i nagminnym przekładaniu meczów. Jedni zagrali w tym roku już trzykrotnie (na cztery kolejki), a inni tylko raz. I jak tu się połapać w tym galimatiasie i wskazać faktycznych przodowników w walce o awans?

Fani kolarstwa znają z pewnością pojęcie „wirtualnego lidera”. W trakcie etapu taki delikwent ucieka reszcie stawki. Ma kilka lub kilkanaście minut przewagi nad rzeczywistym liderem. Gdyby w danym momencie była już meta, objąłby prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Jego problem polega jednak na tym, że zazwyczaj w końcu zostaje dogoniony, lub w najlepszym (dla niego) przypadku, z dużej przewagi zostaje niewiele.

 

Sytuacja znana z kolarstwa skojarzyła mi się z realiami bieżącego sezonu Nice 1 Ligi. Aż 16 (słownie: szesnaście) przełożonych spotkań w pierwszych czterech seriach gier sprawia, że tabelę – jakby to powiedzieli nauczyciele - trzeba czytać ze zrozumieniem.

 

Nikomu nie udało się w marcu rozegrać wszystkich czterech zaplanowanych meczów. Po trzy razy na boisko wybiegli piłkarze: Miedzi, Odry, Wigier (i tak mają jeszcze jeden zaległy mecz z jesieni), Zagłębia, Podbeskidzia i Pogoni. Na przeciwnym biegunie znalazły się Chojniczanka i Raków. A zatem odpowiednio pierwsza i trzecia ekipa po jesieni. Dotychczas tylko raz dane im było w 2018 roku powalczyć o ligowe punkty.

 

Na zmiany klimatu, przesuwanie się pór roku i nieoczekiwane ataki zimy wielkiego wpływu nie mamy. Chyba powoli musimy się już przyzwyczaić, że życzenia „białych świąt” bardziej będą pasowały do Wielkanocy niż Bożego Narodzenia. Czy się to więc komuś podoba, czy nie, podgrzewane murawy staną się w końcu licencyjnym wymogiem. Może jeszcze nie za rok czy dwa… ale przecież sztuczne oświetlenie też brzmiało swego czasu jak science fiction. Tym bardziej, że do rozegrania meczu dobre boisko jest summa summarum bardziej potrzebne niż jupitery.

 

Problemem dla kalendarza rozgrywek stały się też mecze reprezentacji: U-19, U-20 i U-21. W 23. kolejce odbył się przecież tylko jeden mecz, a przecież istniały regulaminowe przesłanki, by i on został przełożony. Analizując listę powołań, bez trudu można dostrzec, że zwłaszcza kadra do lat 20 opiera się na zawodnikach z 1. ligi. Trzeba więc zastanowić się nad jakimś systemowym rozwiązaniem. Być może warto – jak to ma miejsce w Ekstraklasie – wprowadzić przerwę w terminach FIFA. Innym pomysłem – który można usłyszeć podczas rozmów z trenerami i prezesami – jest zdjęcie w trakcie „reprezentacyjnych” kolejek obligatoryjnego przymusu gry młodzieżowca.

 

Nie zazdroszczę w tym wszystkim trenerom. Skrupulatnie planowane okresy przygotowawcze, szykowanie formy na pierwsze kolejki, w wielu przypadkach może się zdać na niewiele. W pośpiechu trzeba było wprowadzać korekty i szykować się do kwietniowo-majowego maratonu. Ci, którzy postawili na szerokie i wyrównane kadry mogą być w lepszej sytuacji. Gorzej z tymi, którzy przyjęli zasadę „jakość kosztem ilości”. W skrajnym przypadku zawodnik, który z powodu kontuzji wypadnie na trzy tygodnie, może nawet opuścić sześć spotkań.

 

Na szczęście w Wielką Sobotę odbędą się już wszystkie zaplanowane mecze. Słupek rtęci w termometrach poszedł w górę. I już nic nie powinno stanąć na przeszkodzie rozgrywaniu kolejnych spotkań. W 1. lidze chyba wreszcie nastała prawdziwa wiosna. Tym bardziej, że z Afryki do Polski przyleciały już bociany… i trener Bogusław Baniak.

Autor: Leszek Bartnicki, Fot. Stal Mielec