„Z dystansu”: Odrodzenie po chorzowsku

2017-11-03 17:31:00
Jeszcze półtora miesiąca temu wielu postawiło na nich krzyżyk. Po dziewięciu kolejkach w nawiązaniu do dorobku punktowego, złośliwi mogli śpiewać Ruchowi przebój zespołu Lady Pank „Mniej niż zero”. Dziś już nikt nie ośmieli się na drwiny, bo „Niebiescy” są jedną z najlepszych ekip ostatnich tygodni w Nice 1 Lidze.

Ciężko jest żyć tylko historią, a już na pewno ciężko samą historią wyżyć. I to niezależnie jak piękna by była i ile mistrzowskich tytułów zawierała na swoich kartach. O tym, że dawne sukcesy same szczęścia nie dają, przekonali się ostatnio w Chorzowie. Klub, który przez lata stanowił o sile krajowej piłki, popadł w spiralę długów. A że sprawy finansowe i sportowe trudno od siebie zupełnie oddzielić, to na Cichej musieli przełknąć wiosną gorycz degradacji z Ekstraklasy.

 

Odcięcie od finansowej kroplówki podawanej w najwyższej klasie rozgrywkowej, jest dla pacjenta sporym szokiem. Wystarczy spojrzeć na losy Polonii Bytom, Odry Wodzisław, ŁKS-u, Widzewa, Polonii Warszawa… dla których spadek stanowił najczęściej dopiero początek podróży po równi pochyłej.

 

 

Nie brakowało głosów, że śladem wyżej wymienionych, może także podążyć Ruch. Tym bardziej, że Cichą opuściło większość zawodników. Na klubie ciążył jeszcze zakaz transferowy, a sezon trzeba było zaczynać z ujemnymi punktami. Kolejne porażki tylko potęgowały minorowe nastroje. Gdy 18 września chorzowianie ulegli u siebie w pechowych okolicznościach innemu spadkowiczowi – Górnikowi Łęczna – mogło się wydawać, że to już koniec. Obok mnie na trybunie głównej siedziało wiele osób, których oczy świeciły się od przypływu łez.

 

Może kto inny by się już poddał, machnął ręką, myślał o tym co będzie po kolejnym spadku. Może… ale nie w Chorzowie. Mimo słabych rezultatów to właśnie na meczach „Niebieskich” pojawiała się najliczniejsza publika w lidze. Piłkarze czuli to wsparcie z trybun i nagle, dla wielu niespodziewanie, zaczęli je przekuwać na kolejne zdobywane punkty.

 

Ale czy „cud” byłby możliwy gdyby nie przybysz z daleka? W blasku „czerwonej latarni” bijącej po oczach z racji okupowania ostatniej lokaty w tabeli, pojawił się człowiek przywykły do zupełnie innego rodzaju blasku. Juan Ramon Rocha, Argentyńczyk od wielu lat związany z Grecją, ze swoim CV mógłby z powodzeniem zjawić się w gabinecie prezesa najlepszych polskich ekstraklasowiczów. Doprowadzenie Panathinaikosu Ateny do półfinału Ligi Mistrzów, nawet jeśli od tego wydarzenia upłynęło ponad 20 lat, to wyczyn przez duże „W”. Skuszony adrenaliną i poproszony o pomoc przed dawnego podopiecznego – Krzysztofa Warzychę – podjął się mission impossible.

 

 

I chociaż w pierwszych występach pod wodzą Rochy ewidentnie zabrakło szczęścia (wypuszczenie z rąk prowadzenia w starciach z GKS Tychy i Górnikiem Łęczna), to później było już tylko lepiej. W sześciu kolejnych spotkaniach Ruch zainkasował aż 15 punktów, a na rozkładzie „Niebieskich” znalazły się m.in.: Miedź Legnica, GKS Katowice i Odra Opole.

 

Znakiem firmowym chorzowian stała się pewność siebie. Dążenie do przejęcia inicjatywy i prowadzenie gry według własnego scenariusza. W każdym z meczów pod wodzą Argentyńczyka to „Niebiescy” pierwsi strzelali gola. I choć balast ujemnych punktów sprawia, że Ruch wciąż zamyka tabelę, to drużyna na dobre wróciła do życia i mało kto umieściłby ją dziś w gronie potencjalnych spadkowiczów. Odrodzenie chorzowian, jeszcze niedawno niemalże nieprawdopodobne, właśnie stało się faktem.

 

 

Autor: Leszek Bartnicki, Fot. Norbert Barczyk/PressFocus