„Z dystansu”: Doczekali się

2018-05-01 09:39:00
Jeśli prawdą jest, że cierpienie ubogaca, to w Łęcznej muszą być bardzo zamożni. Długie 213 dni przyszło cierpieć kibicom Górnika w oczekiwaniu na zwycięstwo swoich ulubieńców. A jak już nadeszła upragniona wygrana (2:1 z Chrobrym), po zaledwie czterech dobach pojawiła się kolejna (2:0 z Olimpią).

Z tego, że sezon po degradacji z Ekstraklasy będzie trudny, fani zielono-czarnych musieli sobie zdawać sprawę. Odejście trenera, większości zawodników i długi wymuszające na nowych władzach ogromną dyscyplinę finansową. Sklecony naprędce zespół, stanowiący mieszankę rutyny z młodością, początek rozgrywek miał jednak co najmniej przyzwoity. 

 

Był 23 września, po golu Dariusza Jareckiego Górnik wygrał przed własną publicznością 1:0 z GKS Tychy. Łęcznianie czwarty raz w sezonie cieszyli się wówczas z kompletu punktów i po 10. kolejce plasowali się nieco powyżej środka tabeli. Tomasz Kafarski nie przypuszczał zapewne nawet w najczarniejszych snach, że już nigdy nie będzie mu dane poprowadzić zespołu z Lubelszczyzny do zwycięstwa.

 

Pod koniec jesieni po serii niezadowalających rezultatów Kafarski został zwolniony z funkcji trenera. Schedę po nim przejął dotychczasowy asystent Sławomir Nazaruk. Pod wodzą klubowej legendy Górnik kończył rozgrywki w roku 2017 i zaczął w 2018, ale licznik zwycięstw jak zatrzymał się na liczbie „4”, tak nie chciał ruszyć dalej.

 

W połowie marca zarząd na czele z prezesem Veljko Nikitoviciem sięgnął po „ostateczną ostateczność” czyli posiłki z Afryki. Bogusław Baniak to w naszym swojskim futbolowym krajobrazie postać doskonale znana, ale przecież ostatnie miesiące spędził na Czarnym Lądzie. Popularny „Bebeto” miał się wcielić w rolę szamana lub jak kto woli egzorcysty i zdjąć z Górnika klątwę. Już za pierwszym podejściem było bardzo blisko. Stomil w ostatniej minucie zdołał jednak doprowadzić do wyrównania. Okręt z zielono-czarną banderą niebezpiecznie dryfował w stronę 2. ligi, a niektórzy przypominali niedawny przypadek innego górniczego klubu – z Bełchatowa – który rok po roku zaliczył dwa spadki.

 

Seria meczów bez wygranej ciągle się wydłużała. Niczym dziecięcą wyliczankę można przytoczyć listę kolejnych rywali… Olimpia, Chojniczanka, Pogoń, Miedź, Puszcza, Raków, GKS Katowice, Odra, Zagłębie, Wigry, Stal, Stomil, Podbeskidzie, Drutex-Bytovia, Ruch i wreszcie GKS Tychy. 16 spotkań, a w nich 7 remisów, 9 porażek i ani jednego triumfu. Aż wreszcie…

 

Po 213 dniach oczekiwania ekipa z Łęcznej w końcu zwyciężyła. I to nie byle kogo, bo walczącego o awans Chrobrego Głogów. Tym samym zakończyła się najdłuższa w historii klubu seria bez wygranej. Będąc na trybunach słyszałem doskonale hałas, wywołany przez kamień spadający z serca wszystkich związanych z Górnikiem. Można się było nawet obawiać, czy nie wywoła tąpnięcia w pobliskiej kopalni węgla kamiennego.

 

Cztery dni później podopieczni trenera Baniaka znów wystąpili w roli gospodarza. Zmierzyli się z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie – Olimpią (prowadzoną zresztą przez byłego szkoleniowca Górnika Dariusza Kubickiego). Wygrali pewnie 2:0 i zepchnęli drużynę z Grudziądza z barażowej lokaty. Co ciekawe, Baniak po przyjściu do Łęcznej zapowiadał w prywatnych rozmowach, że w najgorszym razie jego zespół zapewni sobie utrzymanie w dwumeczu z Wartą Poznań. Gdyby dziś zakończył się sezon w 1. i 2. Lidze, to właśnie taki byłby skład barażu…

 

I na koniec jeszcze jedna dygresja. Piłka nożna to nie tylko wyniki, tabele, piłkarze. Futbol to także historie ludzi, ich pasja, pokonywanie słabości i kibicowanie ukochanym klubom. Kilka lat temu poznałem Grzegorza, niepełnosprawnego kibica Górnika, który ma problemy z poruszaniem się. Dzięki pomocy wspaniałej babci, pojawia się na każdym meczu w Łęcznej, nie opuszczając nawet zimowych sparingów. Po porażce w Bytowie miał chwilę zwątpienia. Napisałem do niego prywatną wiadomość na Twitterze: „Grzesiek nie obrażaj się na Górnik. Jesteś wielkim kibicem tego klubu, jak Ty zwątpisz, to kto ma wierzyć? Do zobaczenia w niedzielę.”. Odpisał, że na pewno się spotkamy na stadionie, choć poważnie boi się o przyszłość klubu.

 

Grzesiek ostatnie mecze oglądał już z trybuny B, wraz z najwierniejszymi kibicami odpowiedzialnymi za prowadzenie dopingu. Zdzierał z nimi gardło i mógł się cieszyć z długo wyczekiwanych zwycięstw. Po meczu z Olimpią zawodnicy zaprosili go do szatni, gdzie razem z nimi cieszył się z trzech punktów. Długo trzeba było czekać w Łęcznej na chwile radości, ale w końcu się doczekali.

Autor: Leszek Bartnicki, Fot. Górnik Łęczna